- Co sprawiło, że emiracki rynek mieszkaniowy odzyskał impet po załamaniu w 2015 r.?
- Co zachęca milionerów do stawiania na domy w Dubaju?
- Czy Abu Zabi rośnie na konkurencję dla Dubaju?
- Przed czym ostrzegają agencje ratingowe badające emiracki rynek?
- Czy Polacy kupujący nieruchomości w ZEA to tylko ci o najgrubszych portfelach?
Na początku nowego milenium rynek nieruchomości w Zjednoczonych Emiratach Arabskich przeżywał złoty okres. Liczące trzy dekady państewko w Zatoce Perskiej, które swój sukces gospodarczy zawdzięczało odkryciu złóż ropy naftowej w latach 60. minionego wieku, zaczęło inwestować w wielkoskalowe przedsięwzięcia z bizantyjskim rozmachem. Cały świat z podziwem śledził powstawanie takich inwestycji, jak licząca 828 metrów Burdż Chalifa w Dubaju.
Szczególne emocje budziła budowa dubajskiego zespołu trzech sztucznych wysp w kształcie palm, z których najbardziej znana jest Jumeirah. Została ukończona w 2008 r., kiedy emiracki sektor nieruchomościowy osiągnął szczyt. Ceny rezydencji w centrum Dubaju potrafiły osiągnąć nawet 13 tysięcy dolarów za metr kwadratowy, zaś w Abu Zabi ponad 6 tysięcy.
I wtedy nastąpił krach gospodarczy, który na kilka lat drastycznie zmniejszył popyt. W ciągu następnych kilku lat rynek zaczął odbijać, jednak w 2015 r. nastąpił kolejny kryzys, tym razem wywołany niskimi cenami ropy.
Wiza na wagę złota
Zjednoczone Emiraty Arabskie odzyskały impet dzięki… pandemii.
- Przez cały okres pandemii COVID-19 to był kraj o najwyższym wskaźniku szczepień na świecie, dzięki bezprecedensowej reakcji rządu na wydarzenie typu "czarny łabędź" (o poważnych konsekwencjach dla gospodarki i świata, którego nie można było przewidzieć – red.) – wyjaśnił w rozmowie z TVN24+ Faisal Durrani, szef badań w firmie doradczej w zakresie nieruchomości Knight Frank w regionie MENA (Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej).