Wielki wakat po poborowych

Najnowsze

Aktualizacja:
TVN24Poborowi to idealni pracownicy - twierdzą zgodnie pracodawcy

Uzawodowienie armii od przyszłego roku wiąże się z likwidacją służby zastępczej. Koniec obowiązkowej służby wojskowej oznaczać będzie brak najtańszej siły roboczej w szpitalach, hospicjach, domach pomocy i patrolach policji. Niemal 8 tysięcy najmniej wdzięcznych miejsc pracy pozostanie nieobsadzonych - alarmuje "Rzeczpospolita".

Co roku dzięki służbie zastępczej tysiące młodych ludzi pomaga w szpitalach, hospicjach, domach pomocy oraz patroluje ulice w ramach tzw. służby kandydackiej w policji. To w sumie niemal 8 tysięcy osób.

W samej policji poborowi obsadzali 4 tys. etatów. Podczas służby zastępczej pomagali m.in. w patrolowaniu ulic i zabezpieczaniu imprez masowych. Służba kandydacka w policji trwała, tak jak w wojsku, dziewięć miesięcy - po niej poborowy miał szansę na stałą pracę w policji.

Ale już służba zastępcza trwała 18 miesięcy – dwa razy dłużej niż w wojsku. Mimo to, co roku w całym kraju korzystało z niej ok. 3 tys. osób. Można ją było odbyć w hospicjach lub szpitalach.

Pracownik idealny

– Poborowi to idealni pracownicy – powiedział "Rzeczpospolitej" Zdzisław Szczepkowski, dyrektor Wojewódzkiego Urzędu Pracy w Olsztynie. – Poborowy nic nie kosztował. Pieniądze wypłacane przez pracodawcę jako żołd zwracało państwo. Jedyny koszt, który się ponosiło, to 130 zł, które trzeba było dopłacać do ZUS. – Korzystają na tym szpitale, domy pomocy społecznej, straż pożarna – mówi Szczepkowski.

W Wojewódzkim Zespole Lecznictwa Psychiatrycznego w Olsztynie w ramach służby zastępczej w ubiegłym roku zatrudniono 12 osób, w tym roku osiem. – Pracowali na etatach pracownika gospodarczego lub sanitariusza – wyjaśnia Andrzej Błaszczyk, p.o. dyrektora szpitala.

Poborowi wybierali też służbę w straży pożarnej.

Służba zastępcza była nie tylko sposobem uniknięcia wojska, ale też szansą na znalezienie pracy.

Luka w planie

Jeśli rząd od 2009 r. wprowadzi w pełni zawodową armię, służba zastępcza zniknie, a w miejsce poborowych trzeba będzie zatrudnić inne osoby.

- To będzie koszt rzędu 1,8 tys. zł miesięcznie. Trzeba będzie gdzieś te pieniądze znaleźć – mówi Błaszczyk. – My w szpitalu sobie jakoś poradzimy, bo jesteśmy jednostką samodzielną, gorzej w straży pożarnej utrzymywanej z budżetu.

Aleksander Szczygło, były minister obrony narodowej, poseł PiS, kilka dni temu zapytał premiera, czy rząd ma pomysł na uzupełnienie braków kadrowych po likwidacji służby zastępczej. - Na razie takich planów nie ma, ale spokojnie poczekam na odpowiedź – mówi.

Gen. Stanisław Koziej, były wiceminister, a dziś doradca szefa MON Bogdana Klicha, twierdzi, że problem służby zastępczej był omawiany w pracach nad ustawami o profesjonalizacji armii. Jego zdaniem to nie MON, lecz np. Ministerstwo Pracy będzie musiało się zastanowić, jak w przyszłości tę lukę zapełnić.

Źródło: "Rzeczpospolita"

Źródło zdjęcia głównego: TVN24