Kolega ranił w szkole toporkiem 10-letnią Nikolę. Jej rodzice o tym, co się działo tego dnia
O tym, że ich córka została zaatakowana w szkole, rodzice dowiedzieli się telefonicznie od mężczyzny, który obezwładnił młodego napastnika.
- Dla mnie to było takie nierealne. Nie wiedziałam, czy to jest prawda. Zapytałam tylko, jak ona się ma. Powiedział, że leci jej krew. Od razu szybko się zebraliśmy. Nawet się nie przebrałam. Tak jak byliśmy, tak pojechaliśmy - wspomina matka Nikoli.
Pierwsze słowa córki trudno było jej usłyszeć.
- Powiedziała: "Nikt mnie nie lubi w tej szkole. Ja nie chcę do niej chodzić". To były jej pierwsze słowa. Już nawet nie wiem, co jej wtedy powiedziałam. Próbowałam ją jakoś wesprzeć. Powiedziałam, że to nieprawda, że dla mnie jest całym światem - mówi kobieta.
"Dzieci były na dworze, płakały"
Ojciec Nikoli początkowo nie zdawał sobie sprawy z tego, co się wydarzyło w szkole.
- Myślałem, że to był jakiś gaz. Wszystkie dzieci były na dworze, płakały. Ale później, jak weszliśmy do szkoły, to już wyglądało inaczej - opowiada.
- Zobaczyłam, że córka była cała zakrwawiona - dodaje jej matka.
Przy dziewczynce siedział nauczyciel wychowania fizycznego, który udzielał jej pierwszej pomocy.
Nikola ma rany głowy i rąk
Nikola trafiła do szpitala. Lekarze zaopatrzyli rany głowy. Jedna z nich wiązała się z pęknięciem czaszki, druga również była poważna i znajdowała się w okolicy skroni. Dziewczynka miała także głębokie rany na palcach i nadgarstku, złamany kciuk oraz ból ramienia.
- Doktor powiedział, że toporek zatrzymał się na ostatniej strukturze czaszki i krew nie wlała się do środka - mówi matka.
Ojciec próbował później zapytać napastnika, dlaczego zaatakował jego córkę.
- Powiedział, że nie wie - relacjonuje.
Nie wiadomo, kiedy Nikola wróci do szkoły
Dziś Nikola czuje się już lepiej. Powoli dochodzi do siebie w domu. Odwiedzili ją koledzy i koleżanki z klasy. Ma wsparcie przyjaciółek. Na razie nie wiadomo, kiedy wróci do szkoły.
- To będzie jej decyzja - mówi jej matka.
Rodzice Nikoli przyznają, że nie wyobrażają sobie sytuacji, w której ich córka miałaby wrócić do szkoły i spotykać tam chłopca, który ją zaatakował.
- Nigdy w życiu bym jej na to nie pozwoliła. Tu nawet nie chodzi o wybaczenie, tylko o bezpieczeństwo naszej córki. I myślę, że innych dzieci też. Dyrekcja kontaktowała się z nami i zapewniła, że zrobi wszystko, żeby było bezpiecznie - mówi matka Nikoli.
Ojciec dziewczynki uważa, że w szkole powinno być więcej nadzoru nad uczniami.
- Co można w szkole zmienić, poprawić, żeby to bezpieczeństwo było większe? Może większa obserwacja dzieci na korytarzach przez nauczycieli, większa kontrola. Trzeba być bardziej stanowczym - mówi.
"Nikola pożyczała mu rzeczy" na lekcjach
Nikola i 11-latek nie chodzili do tej samej klasy, ale mieli wspólne lekcje.
- Nawet pożyczała mu rzeczy na plastyce czy technice. Na pewno nie miała do niego nic - mówi matka dziewczynki.
Rodzice Nikoli nie mają kontaktu z rodziną chłopca. Jak opowiada matka, po ataku podeszła do nich jego mama.
- Ogólnie nas przeprosiła. Tylko że w takich emocjach to po prostu... Dla nas nie miało to wtedy znaczenia - mówi.
Zaatakował dziewczynkę toporkiem
Do zdarzenia doszło we wtorek, 22 września przed godziną 8. 11-letni uczeń wszedł do szkoły w miejscowości Ptaki i na korytarzu zaatakował toporkiem 10-letnią Nikolę.
Do ataku doszło jeszcze przed rozpoczęciem lekcji. Chłopiec został obezwładniony przez jednego z rodziców. Na miejsce wezwano pogotowie ratunkowe. Ranna dziewczynka została przewieziona do szpitala. Była przytomna.
Jak przekazała Agnieszka Krokos-Janczyło, podlaska kurator oświaty, 11-latek wcześniej nie sprawiał problemów wychowawczych.
- To uczeń, który do tej pory nie stwarzał problemów wychowawczych. Ze współpracy szkoły z rodziną nigdy nie wynikało, żeby była to rodzina dysfunkcyjna - powiedziała na antenie TVN24.
- Nie wiem, czy można to wybaczyć, ale przepraszamy i prosimy o wybaczenie - powiedział "Uwadze!" dziadek 11-latka. I dodał: - Ciężko nam się po tym wszystkim pozbierać, bo nie było ku temu, co się wydarzyło, przesłanek. Nie było w domu sytuacji, żeby zachowywał się nie tak. Zawsze, jak się o coś poprosiło, to był uczynny. Normalne dziecko.
ZOBACZ REPORTAŻ "UWAGI!": Dlaczego 11-latek zaatakował toporkiem 10-latkę? "Wczoraj się otworzył"
Z racji wieku piątoklasista nie będzie odpowiadał karnie. Może zostać objęty nadzorem kuratora, trafić do ośrodka wychowawczego, rodziny zastępczej lub na specjalistyczne leczenie. O losie 11-latka, po zbadaniu sprawy, zdecyduje sąd rodzinny.
- Sąd Rejonowy w Łomży zlecił wywiad kuratora w miejscu zamieszkania małoletniego, jak też zwrócił się do placówki medycznej, w której przebywa małoletni. W tej sprawie będzie konieczne poczynienie ustaleń co do zdrowotności tego chłopca w aspekcie jego zachowań – mówi Wiesława Kozikowska, prezeska Sądu Okręgowego w Łomży.