Od samego rana w Szczecinie trwa kolejne wydarzenie z serii "Jesteśmy stąd" z okazji 25-lecia TVN24. Jednym z gości wydarzenia był Adam Zadworny - dziennikarz związany z "Gazetą Wyborczą", reporter i autor książek. W 2025 roku otrzymał nagrodę Grand Press za książkę "Heweliusz. Tajemnica katastrofy na Bałtyku".
O tym, czy jest ostateczna wersja wydarzeń katastrofy promu ze stycznia 1993 roku, w której zginęło kilkadziesiąt osób, Zadworny mówił w rozmowie z dziennikarzami TVN24 Sebastianem Napierajem i Arturem Molędą. - Wydawałoby się, że prawda jest w zasięgu ręki, bo jakieś 16 mil morskich na północny wschód wyspy Rugia, na głębokości ledwie dwudziestu paru metrów, ale właściwie wszystkie ślady zniszczył żywioł - powiedział.
OBEJRZYJ ROZMOWĘ W TVN24+: Był na służbie, gdy tonął Heweliusz
- Świadkowie zginęli, a dziennika okrętowego nie udało się wydobyć z wraku nurkom Marynarki Wojennej - tłumaczył dziennikarz.
Zadworny wspominał również, że izby morskie - organy quasi-sądowe rozpatrujące sprawy dotyczące wypadków morskich - podkreślały, że proces Heweliusza był poszlakowy. - Dlatego ta katastrofa nie jest do dziś w pełni wyjaśniona - dodał.
Zadworny o katastrofie Heweliusza. "Wszystko poszło nie tak"
Zadworny mówił dalej o ostatnich chwilach przed katastrofą. - O 4.36 pierwszy raz kapitan Andrzej Ułasiewicz nadał (sygnał) Mayday. W ciągu pół godziny to niewiele czasu, żeby uciec z przechylającego się bardzo szybko promu. Leżał on już na lewej burcie, a niedługo później przewrócił się stępką do góry - wspomniał.
Zaznaczył, że na Heweliszu nie było skafandrów ratunkowych. - Trzeba uczciwie przyznać, że nie było ich wtedy również na innych bałtyckich promach, także innych bander, nie tylko polskich - przypomniał.
Zadworny zwrócił uwagę, że w sprawie tej "było bardzo dużo polityki", a Polska wciąż wówczas przypominała czasy PRL-u, w której była "wieloletnia tradycja zakłamywania prawdziwych przyczyn katastrof morskich, bo ważniejsza była ochrona instytucji państwowych".
Dziennikarz powiedział też, że w akcji ratunkowej tonącego promu "wszystko poszło nie tak". - Jeżeli mielibyśmy wymyślić jakiś najczarniejszy ze scenariuszy, to taki właśnie w nocy z 13 na 14 stycznia 1993 roku miał miejsce - podsumował.